ANDREJCZYK: HARUJĘ NA MEDAL W LONDYNIE

Za panią pierwszy obóz przygotowawczy do nowego sezonu w górach. Było dużo pracy?
Maria Andrejczyk: Tak. Przygotowania rozpoczęłam pod koniec października. Zgrupowanie w Szczyrku podzielone było na dwie części – z trzytygodniową przerwą na nadrabianie pierwszych zaległości na uczelni. Do treningów w górach wróciłam na początku grudnia. Za mną bardzo ciężki i pracowity, ale też fajny czas na obozie.

Góry to dla pani dobre miejsce do treningów?
Maria Andrejczyk: Mam ogromną słabość do gór! Gdybym tak bardzo nie kochała jeziora, nad którym mieszkam, chyba bym się w nie przeprowadziła. Są piękne, znajdują się bliżej nieba. A ja lubię być wysoko! Może akurat te nie są moimi ulubionymi, ale to jednak w dalszym ciągu góry. Widoki zawsze są tam najpiękniejsze, szczególnie na szczytach i właśnie to ujmuje mnie najbardziej. Sam Szczyrk już trochę mnie męczy, ale myślę, że już zawsze będę jeździła tam z uśmiechem na ustach. Tym bardziej, że mogę tam spokojnie trenować. Do Szczyrku przyjeżdża bardzo mało osób, a to sprzyja wyciszeniu. Można zająć się pracą z dala od zgiełku i tłumów.

Zdobyła pani jakieś szczyty?
Maria Andrejczyk: Przede wszystkim Skrzyczne (1257 m n.p.m. – najwyższy szczyt w grupie górskiej Beskidu Śląskiego – przyp. red.). Byłam tam tylko raz, bo w grudniu powitała nas już prawdziwa zima – dużo śniegu i wielki mróz. Wyprawa okazała się ostatecznie jedną z najtrudniejszych. Do pierwszego schroniska szło się całkiem przyjemnie, nawet pomimo konieczności przecierania szlaku, bo zaspy sięgały mi do połowy uda. Później podążaliśmy trasą zjazdową, która w pewnym momencie zaczęła się robić bardzo oblodzona. Nachylenie było tak duże, że co chwila z niej zjeżdżaliśmy. Nie pomagały nam też maszyny do produkowania śniegu, które bez przerwy pracowały. Po twarzach dawała nam więc niemała wichura. Ale to nie koniec – około sto metrów od szczytu trasa się skończyła, a przed nami pojawiła się prawie trzymetrowa ściana śniegu! Nie mieliśmy jak przejść, każdy świerk był przysypany. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu się wracać, więc zaczęliśmy się wspinać! Dopiero później zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak bardzo było to niebezpieczne. To była głupota. Przecież ta ściana mogła się w każdej chwili zapaść. Na szczęście tak się nie stało i muszę przyznać, że to była najlepsza z naszych wycieczek.

 Z sentymentem wspominała pani też wyprawę na Klimczok. „Każdy krok przychodził mi z trudem, ale im wyżej byłam, tym częściej myślałam o tych dwóch centymetrach, które oddzieliły mnie od mojego marzenia w igrzyskach. Uwierzcie, że nic nie smakowało tak dobrze, jak wejście na ten szczyt. Cała niechęć do treningu się roztopiła, a góry zaczęłam kochać jeszcze mocniej” – napisała pani w mediach społecznościowych.

Maria Andrejczyk: Do dziś pamiętam, jak strasznie nie chciało mi się tam iść. Było zimno, nie miałam ochoty na przeprawę przez śnieg. Wynikało to też z tego, że już na sam obóz przyjechałam bardzo zmęczona. Niestety, na studiach muszę ciągle nadrabiać, więc jestem tymi wszystkimi obowiązkami trochę zagoniona. Stąd brak energii i gotowości do pracy nad formą na początku zgrupowania. Z dnia na dzień coraz skuteczniej ładowałam jednak baterie i choć czuję się teraz zmęczona treningami, to psychicznie bardzo odpoczęłam.

Motywacja zatem wróciła?

Maria Andrejczyk: Tak. Wiadomo, że ona rośnie wraz ze wzrostem możliwości. A ja z każdym treningiem jestem silniejsza, sprawniejsza, szybsza. Czuję się po prostu… lepsza. Zupełnie, jakbym była teraz lepszą wersją siebie. Nastąpiło przełamanie i wszystko już podąża w odpowiednim kierunku.

Na siłowni także?

Maria Andrejczyk: Pojawiły się już pierwsze, niemiłosiernie bolesne zakwasy – na mięśniach czworogłowych, nawet na tyłku! Ale to zrozumiałe. Teraz przede mną okres jeszcze cięższej pracy, bo na razie zaczęłam od mniejszych obciążeń, takich jak rok temu. Muszę na razie muszę zbudować siłę, żeby móc potem zwiększać ciężary. Czy zwiększę je bardziej niż roku ubiegłym? Trudno powiedzieć. Aktualnie czuję się nieco słabsza niż w porównywalnym momencie rok temu, ale wydaje mi się, że to przez zmęczenie studiami. Nie należę do grona osób, które olewają obowiązki, więc trochę siły na uczelni na pewno tracę. Ale nie żałuję, że zdecydowałam się na studia. Jestem pewna, że wszystko wróci do normy, gdy złapię swój rytm.

Minusem wyjazdu na studia do Białegostoku jest brak trenera Karola Sikorskiego, z którym widzi się pani obecnie tylko na obozach.

Maria Andrejczyk: To prawda. Na co dzień trenuję w Białymstoku. Licząc od października, w domu spędziłam zaledwie pięć dni. Ale taką drogę wybrałam sobie w tym roku. Miałam spore obawy, bo praca ze szkoleniowcem u boku wygląda jednak zupełnie inaczej. Trener zawsze na bieżąco dodaje do zajęć coś od siebie, zawsze coś podpowie. A w tej sytuacji otrzymuję tylko „suchy” plan treningu. Albo i wcale go nie mam i muszę sama coś sobie zorganizować.

Praca bez trenera Sikorskiego jest dla pani jakimś ryzykiem?

Maria Andrejczyk: Oczywiście. Ale w tym okresie, który za mną, a więc między październikiem a grudniem, mogłam sobie na to ryzyko pozwolić. Po sesji zimowej zamierzam już zmienić studia dzienne na zaoczne, bo zacznie się wtedy najważniejszy czas w przygotowaniach. Stawiam mimo wszystko na sport, studia są na drugim miejscu.

Nowy rok to także nowe obawy?

Maria Andrejczyk: Plącze mi się w głowie dużo obaw przed nowym sezonem. Nie mam w sobie jeszcze dużego głodu startowania, ale chce mi się już rzucać. Na razie bark musi jednak odpocząć. Wiem, że duże cele zawsze wymagają poświęcenia. Staram się być ostrożna, nie podpalam się. Rozpoczęcie sezonu w zdrowiu jest dla mnie priorytetem. Nie chcę, żeby w zawodach coś mnie bolało.

Po takim sezonie, jak ten ubiegły, trudno będzie dać z siebie jeszcze więcej? Czwarte miejsce w igrzyskach i świetny rekord Polski 67,11 to nie przelewki!
Maria Andrejczyk: Poziom, który osiągnęłam, jest naprawdę szalenie wysoki. Mam świadomość, że w kolejnym sezonie może być mi trudno powtórzyć ten wynik. Nowy rekord życiowy rok po roku nie jest regułą. Minimum będzie więc utrzymanie się na poziomie 65 metrów. Po to całą zimę haruję.

Czym jeszcze powinna poskutkować ta zimowa harówka?

Maria Andrejczyk: Medalami! Przede mną dwie ważne imprezy – mistrzostwa świata seniorów w Londynie i młodzieżowe mistrzostwa Europy w Bydgoszczy. Wiadomo, że impreza w Londynie będzie nawet ważniejsza, bo jednak stawiam na rywalizację seniorską, ale mistrzostwa Europy U-23 też będą dla mnie sporym wydarzeniem. Start zapowiedziała już Sara Kolak, mistrzyni olimpijska z Rio. Mam nadzieję, że w rewanżu polecą iskry!

Pogodziła się już pani z samą sobą i wydarzeniami z Rio? Do medalu zabrakło tak niewiele.

Maria Andrejczyk: Wciąż szkoda mi niewykorzystanej szansy. Wiem, ile straciłam przez to, że jednak nie zdobyłam olimpijskiego medalu. Czwarte miejsce to duże osiągnięcie, ale tylko krążek daje wszystko, o czym marzy sportowiec. Mnie zabrakło dwóch centymetrów do tego „wszystkiego”, przez co nie mam takich przywilejów jak medaliści. Zaciskam jednak zęby i zasuwam dalej, żeby już nigdy więcej do upragnionego wyniku niczego mi nie zabrakło. To dobry motywator.

Co będzie kluczem do sukcesu w nowym sezonie?

Maria Andrejczyk: Spokojna głowa. Nie mogę się podpalać ani zwracać uwagi na szum medialny wokół mnie. Chcę w tym wszystkim odnaleźć samą siebie i móc spokojnie dążyć do wyznaczonych celów.

Rozmawiała: Joanna Rudnik, Przegląd Sportowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

“2 cm do medalu? Jest co poprawiać”